Filharmonia bez filharmonii

Każde duże miasto musi mieć swoją własną filharmonię. Bez filharmonii nie ma prestiżu. Miasto staje się prawdziwym miastem, kiedy ma teatr, orkiestrę symfoniczną, a najlepiej jeszcze operę. Nie chodzi zresztą tylko o teatr, orkiestrę i operę jako instytucje, ale także o ich siedziby, budynki ucieleśniające najnowsze trendy architektoniczne i podkreślające przynależność miast do kręgu tych, które rozumieją, czym powinno być nowoczesne miasto.
To przekonanie odcisnęło się mocno w świadomości społecznej i politycznej. Miasta, które nie mają tych instytucji, to nie miasta tylko „miasteczka”, a ich brak jest powodem do narzekań, że „popołudniami i wieczorami nie ma tam co robić”. To z kolei skłania polityków, często wbrew logice ekonomicznej, do forsowania projektów, które z góry skazane są na niepowodzenie. Ponieważ do kosztownego niepowodzenia nie można się przyznać, miasta wpadają w błędne koło sztucznego podtrzymywania przy życiu organizmów, które bez pomocy publicznej na pewno by nie przetrwały. Przy tej okazji wyciąga się oczywiście argumenty o misji takich instytucji, o edukacji kulturalnej, o kształtowaniu wrażliwości młodego pokolenia, ale częściej niż rzadziej jest to wyłącznie obrona przez atak.
Stereotyp jest zakorzeniony tak silnie, że chociaż ktoś do teatru, filharmonii i opery nie chodzi, bo woli wizyty na stadionie piłkarskim i żużlowym, to czuje się dowartościowany, mogąc powiedzieć, że w jego mieście to wszystko jest, a więc epitet „wieśniaka” w żaden sposób do niego nie pasuje.
Na szczęście wiele mniejszych ośrodków miejskich znalazło swój sposób na to, by nie mając typowych dla wielkich miast instytucji kultury i skupionych wokół nich środowisk jakoś sobie poradzić. Jednym z rozwiązań okazały się festiwale, często doskonale wkomponowane w historię i przestrzeń architektoniczną miast. Zdarza się, że dzięki nim miejscowości uzyskują szansę na definiowanie na nowo swojej kulturalnej tożsamości, przyciągają gości i turystów, którzy w przeciwnym wypadku nigdy by tam nie trafili.
Festiwale przy całej swojej atrakcyjności odbywają się jednak sporadycznie, zwykle w okresie wakacyjnym. Przez resztę roku pozostają incydentalne wydarzenia, które zwykle nie składają się w jakąś spójną i konsekwentną całość. Jeśli mniejsze miejscowości mogłyby zazdrościć czegoś swoim większym kuzynom, to nie tyle samych instytucji muzycznych, co możliwości systematycznego kontaktu ze sztuką muzyczną, jakie one gwarantują. To ważne ponieważ poznawanie każdej dziedziny sztuki wymaga czasu, wytrwałości, cierpliwości, a nade wszystko systematyczności.
Nikt nie ma patentu na to, co zrobić, żeby w małym mieście, nie udając wielkiego miasta i w ogóle nie udając czegokolwiek, stworzyć akceptowalny społecznie, interesujący i przyciągający gości z zewnątrz, pozainstytucjonalny, ale nie czysto impresaryjny model stałej obecności muzyki artystycznej.
Także my nie mamy żadnego gotowego pomysłu dla miejscowości, które chciałyby mieć swoją filharmonię, wcale jej nie posiadając. Jesteśmy jednak przekonani, że w przypadku wielu miast świetnym kierunkiem mogłaby stać się muzyka dawna i jej wykonawcy. Przemawia za tym wiele argumentów z najważniejszym na czele - argumentem skali. W swej zdecydowanej większości muzyka dawna, to muzyka na dzisiejsze standardy kameralna, nie potrzebująca wcale dużych sal koncertowych, zwykle źle się tam czująca. Jej różnorodność i wielobarwność dostosowuje się idealnie do historycznych przestrzeni każdego miejsca i co więcej potrafi takie miejsca wynajdywać. Nie mniej ważne jest doświadczenie oraz nastawienia wykonawców muzyki dawnej, którzy odnajdują się doskonale i świetnie się czują w świecie, który sami jego mieszkańcy uważają często za niezbyt ciekawy.
To może się udać, choć pod jednym warunkiem, że taka „filharmonia bez filharmonii” nie oderwie się od ludzi, wśród których i dla których powstała oraz, że będzie działać tak jak filharmonia powinna, a więc przez cały rok.
 
CZ