Każde duże miasto musi mieć swoją filharmonię. Bez filharmonii nie ma prestiżu. Miasto staje się prawdziwym miastem, kiedy ma teatr, orkiestrę symfoniczną, a najlepiej jeszcze operę. Pachnie to dziewiętnastym wiekiem, ale, co dziwne po dwóch wojnach światowych, faszyzmie, komunizmie, kilku kryzysach ekonomicznych, a nawet wielkich pokoleniowych i kulturowych rewoltach nic się nie zmieniło – w mieście chcącym być miastem musi być teatr, orkiestra i opera. Ten trend wydaje się dzisiaj jeszcze silniejszy, bo nie chodzi już tylko o teatr, orkiestrę i operę jako instytucje, ale także o ich siedziby, budynki ucieleśniające najnowsze trendy architektoniczne i podkreślające przynależność miast do kręgu tych, którerozumieją, czym miasto być powinno, a przynajmniej tak twierdzą.

Ten urbanistyczny paradygmat odcisnął się mocno w świadomości społecznej i politycznej. Miasta, które nie mają tej podstawowej substancji kulturalnej, to nie miasta tylko „miasteczka”, a jej brak jest powodem do narzekań, że „popołudniami i wieczorami nie ma tam co robić”. To z kolei skłania polityków, często wbrew logice ekonomicznej i artystycznej, do forsowania projektów instytucjonalnych i inwestycyjnych, które z góry skazane są na niepowodzenie. Ponieważ do kosztownego niepowodzenia nie można się przyznać, miasta wpadają w błędne koło sztucznego podtrzymywania przy życiu organizmów, które same w nieprzychylnym sobie ekosystemie na pewno by nie przetrwały. Przy tej okazji wyciąga się oczywiście argumenty o misji takich instytucji, o edukacji kulturalnej, o kształtowaniu wrażliwości młodego pokolenia, ale częściej niż rzadziej jest to wyłącznie obrona przez atak.

Stereotyp jest zakorzeniony tak silnie, że chociaż ktoś do teatru, filharmonii i opery nie chodzi, bo woli wizyty na stadionie piłkarskim i żużlowym, to czuje się dowartościowany, mogąc powiedzieć, że w jego mieście to wszystko jest, a więc epitet „wieśniaka” w żaden sposób do niego nie pasuje.

Obraz, który zarysowałem, a w zasadzie przerysowałem, nie do końca jest zgodny z prawdą, a przynajmniej nie jest całkowicie czarno-biały. Wiele mniejszych ośrodków miejskich znalazło swój sposób na to, by nie mając typowych dla wielkich miast instytucji kultury i skupionych wokół nich środowisk twórców i odbiorców pomimo wszystko zbudować konstrukcje, które niewiele mają wspólnego z tym, co spotykamy w metropoliach, ale wcale nie są mniej kulturotwórcze.

Jedną z takich konstrukcji, czasami krytykowanych, były i są wciąż festiwale albo, żeby uciec od tego dość niejasnego terminu, działania podejmowane okazjonalnie lub cyklicznie bez stałej i stabilnej infrastruktury instytucjonalnej. W przypadku festiwali z największą krytyką spotykały się dwie okoliczności, po pierwsze fakt, że festiwale były przywożone w teczce i nie wyrastały w naturalny sposób z lokalnej energii społecznej, a po drugie – właśnie ich incydentalność, która skutecznie zaciemniała ponury obraz codziennej kulturalnej wegetacji.

W tej krytyce jest sporo racji, ale warto poszukać też dobrych stron festiwalowej gorączki, tym bardziej że poszczególne miasta stawały się gospodarzami festiwali nie bez przypadku – zwykle istniał jakiś bardzo konkretny powód, np. okoliczności historyczne, ciekawe zabytki, położenie w regionie popularnym wśród turystów i oczywiście brak własnej aktywności kulturalnej. Ktoś to wszystko zauważał i zaczynał działać.

Lokalna społeczność mogła przyglądać się temu biernie albo aktywnie. W pierwszym przypadku nie wynosiła z festiwali niczego poza drobnymi doraźnymi korzyściami i ewentualnymi swoimi pięcioma minutami w mediach. W drugim, zyskiwała doświadczenie, wiedzę, ale przede wszystkim zaczynała patrzeć na siebie z innej perspektywy – nadzwyczajność festiwalu „zawieszała” codzienność i jeszcze silniej podkreślała jej nieznośność, a jednocześnie była namacalnym dowodem, że przy pewnym wysiłku można ją zmieniać nie tyle przekształcając życie miejscowości w nieustanny festyn, ale nadając mu trochę inny kierunek.

Częścią spojrzenia na samych siebie z innej perspektywy jest umiejętność rozpoznania i docenienia własnej odrębności. T, co o niej decyduje nie jest wcale to, co upodabnia do wielkich miast, ale wręcz przeciwnie, to co od nich odróżnia.

W praktyce można mieć zatem prawie to samo co duże ośrodki, ale w swój zupełnie inny i oryginalny sposób. Można mieć, na przykład, swoją filharmonię wcale jej nie mając. To właśnie jeden z wniosków płynących z festiwali. Pozytywne reakcje publiczności, ponadstandardowe zainteresowanie mediów, nabywana z biegiem lat sprawność organizacyjna, nawiązywane i utrzymywane przez lata kontakty uprzytamniają, że właściwy metropoliom idealny model organizacji życia kulturalnego bywa często wyrazem inercji i braku pomysłu na coś nowego. Na dodatek wielkie instytucje kultury trawią organizacyjne schorzenia, na które nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby cierpieć. Wiele z nich to prawdziwe „fabryki kultury”, którym zdarza się wyprodukować wspaniałe produkty, ale proces produkcyjny odrywa się od ludzi, którym miałby służyć. Jego symbolem są, paradoksalnie, wspaniałe sale koncertowe, które wabią słuchaczy, zasysają ich, a po dwóch godzinach wyrzucają z powrotem na ulicę, robiąc to codziennie, a czasami nawet kilkukrotnie w ciągu dnia.

Nikt nie ma patentu na to, co zrobić, żeby w małym mieście, bez udawania wielkiego miasta i w ogóle bez udawania czegokolwiek, stworzyć akceptowalny społecznie, interesujący i przyciągający gości z zewnątrz, pozainstytucjonalny, ale nie czysto impresaryjny model stałej obecności muzyki artystycznej. Gdyby był, pewnie byłby już wdrażany i najprawdopodobniej do znudzenia powielany przez innych.

Również ja nie mam żadnego rozwiązania, którym mógłbym podzielić się z miejscowościami, które chciałyby mieć swoją filharmonię bez jej posiadania. Myślę jednak, że dla wielu miast świetnym kierunkiem poszukiwań mogłaby stać się muzyka dawna i jej wykonawcy. Przemawia za tym wiele argumentów z najważniejszym na czele – argumentem skali. W swej zdecydowanej większości muzyka dawna, to muzyka na dzisiejsze standardy kameralna, nie potrzebująca wcale dużych sal koncertowych, zwykle źle się tam czująca. Jej różnorodność i wielobarwność dostosowuje się idealnie do historycznych przestrzeni każdego miejsca i, co więcej, potrafi takie miejsca wynajdywać. Na koniec nie wolno ignorować doświadczenia i nastawienia wykonawców muzyki dawnej, którzy odnajdują się doskonale w świecie, który sami jego mieszkańcy uważają często za niezbyt ciekawy.

Wszystko pod jednym podstawowym warunkiem, że „filharmonia bez filharmonii” nigdy nie stanie się „fabryką muzyki” i nie oderwie się od ludzi, wśród których i dla których powstała, ale też uniknie pułapki incydentalności i odświętności i działać będzie tak, jak filharmonia powinna, a więc cały rok.

CZ